Strzembosze

Opublikowano: 2020-08-27 15:18:29 r.

Jeśli szuka się polskiej rodziny inteligenckiej, w której kwitły i owocowały bujnie
wszystkie cnoty składające się na to, co nazywamy inteligenckim etosem,
spotkanie ze Strzemboszami sprawia, iż zatrzymujemy się z poczuciem,
że cel osiągnęliśmy.

Magdalena Bajer

Fot. Stefan CiechanBardzo wyraziste doznanie takiego właśnie poczucia poruszyło mnie już na początku wizyty w domu pana Adama Strzembosza – profesora prawa, Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, osoby znanej obserwatorom sceny politycznej – dokąd przyszedł pan Tomasz Strzembosz, profesor historii, brat gospodarza, również w życiu publicznym Polski żywo obecny.

Zaczęliśmy, jak zazwyczaj, od opowieści o tym, co zachowała pamięć i co pozostało żywe w rodzinnej tradycji, poprzez osoby naznaczające wciąż przekazywanymi rysami kolejne pokolenia.

DZIADOWIE, STRYJOWIE, CIOCIA

Najdawniejszą, nieco bliżej znaną postacią jest XVI-wieczny Jan Strzembosz, człowiek nader światły, o czym mówi jego, w znacznej części zachowany i znajdujący się dzisiaj w Bibliotece Jagiellońskiej, księgozbiór. Interesował się nim szczególnie znawca dziejów rodziny, stryj moich rozmówców, imiennik młodszego z braci – Tomasz. Od niego wiemy i my, że księgozbiór przodka pozostał świadectwem jego rozległej ciekawości świata, jest bowiem tematycznie bardzo zróżnicowany. Gdy pytałam o „uczone” początki rodu, obaj panowie wskazywali na właściciela, dodając zaraz, że ów daleki pradziad odgrywał sporą rolę polityczną na terenie radomskiego, opoczyńskiego, gdzie mieszkał, gdzie pełnił wiele funkcji publicznych.

Dwa te wątki – bogacenie umysłu oraz rozmaitego stopnia uczestnictwo w polityce – zwykle splatały się mocno w rodzinie Strzemboszów i splecione – trwają.

Profesorska tradycja sięga XV w., kiedy w Uniwersytecie Jagiellońskim wykładał prawo kanoniczne ks. Andrzej Strzembosz.

Członkowie tej rodziny zapisywali się w historii ojczystej w sposób właściwy oświeconej warstwie stanu szlacheckiego, tj. szablą, piórem, radą, służbą państwową, działaniem społecznym. Znów trzeba powtórzyć, że trwa to do dzisiaj, troskliwie pielęgnowane w wychowaniu młodych pokoleń. Archiwalia przechowują wiadomości o bardzo licznych osobach wyróżniających się na wszystkich wymienionych obszarach działania na rzecz ogólnego dobra. Do tej skarbnicy nie sięga się po doraźne argumenty, ale wiadomo, co i po kim należy dziedziczyć.

Wzory bliskie pochodzą z pokolenia dziadka, którego moi rozmówcy oraz, nieżyjąca od 1970 r., Teresa, dobrze znali. Najbliższym wzorem byli rodzice tworzący dom, który ich uformował.

Dziad był lekarzem, po studiach medycznych na Sorbonie. Odznaczał się właściwym swoim czasom, szerokim horyzontem myślowym, interesował filozofią, parapsychologią, ale i literaturą oraz malarstwem, które trochę uprawiał.

Ojciec trójki Strzemboszów odziedziczył i przejął te cechy. Jego znajomość historii czy zainteresowania polityczne znacznie przekraczały to, co normalnie u polskiej inteligencji się spotykało. Miał, jak jego bracia, uniwersyteckie prawnicze wykształcenie, był adwokatem i przez dużą część życia pracował w instytucjach publicznych II Rzeczypospolitej. Zamiłowaniom artystycznym całkiem się nie sprzeniewierzył, rzeźbiąc „tylko dla siebie”.

Stryj Marian był malarzem zawodowym, a wielu w tej rodzinie było ludzi po prostu piszących. Owo pisanie, jako zajęcie godne inteligentów oraz im właściwe, parę razy wspominano podczas naszego spotkania. Należy do pielęgnowanych w rodzinie powinności i… przyjemności. Prof. Tomasz Strzembosz mówi dzisiaj: Stryj Tomasz, stryj Jan, ciocia Wacia, to były te osoby bardzo konkretne, które znaliśmy i których wymiar wewnętrzny był czymś, co w ogóle określało różne wymiary. Obaj panowie stwierdzają, że owe punkty odniesienia, wyznaczone przez wymiar rodzinnych wzorów, wciąż są obecne w każdym z ich domów i wciąż funkcjonują.
Stryj Jan był właściwie zawodowym politykiem. Pracował w MSZ. Napisał

3-tomową powieść i wiele wierszy, z których mała tylko część ukazała się drukiem. Żyje w pamięci jako ktoś odznaczający się szerokimi zainteresowaniami i otwartym umysłem. Stryj Tomasz był uczonym sensu stricto, psychologiem w Uniwersytecie Jagiellońskim. On właśnie, pasjonując się historią, przybliżył potomnym dawnych Strzemboszów. Zajmowała go również polityka, ale sam w niej czynnie nie uczestniczył. Ojciec Adama, Tomasza i Teresy, również Adam, był zaangażowany politycznie w czasie II wojny; należał do Delegatury Rządu Londyńskiego na Kraj, walczył w Powstaniu Warszawskim.

Patriotyczne tradycje szły również od strony matki, która była sanitariuszką podczas wojny bolszewickiej 1920 r., zaś jej brat wojował jako ułan, podobnie jak mężowie sióstr matki.

Prof. Tomasz Strzembosz ze ścisłością historyka wyjaśnia mi, iż niewiele osób spośród jego przodków oraz krewnych robiło kariery polityczne, wszyscy jednak byli ludźmi zaangażowanymi w sprawy kraju. To bardzo wyrazisty rys w tradycji tej rodziny.

NIE MOŻNA BYĆ BYLE JAKIM

Prof. Adam Strzembosz dobrze pamięta, że ojciec powtarzał: możecie zginąć, ale nie możecie być byle jacy. Oczekiwano od nas czegoś, co przekraczałoby nie chcę powiedzieć: przeciętność, ale może: powszedniość. Subtelne to rozróżnienie dyktuje, jak myślę, skromność, także jedna z cnót zaszczepionych w domach inteligenckich. Od trójki młodych Strzemboszów oczekiwano samodzielnej pracy, dokształcania się, tj. zyskiwania wiedzy większej niż wymagana w szkole, także zainteresowań filozoficznych, jakie miał ojciec, który o filozofii wiele z dziećmi rozmawiał. Szczególnie bliską była mu myśl katolicka: św. Tomasz, Maritain, Mounier.

Wspominają dzisiaj swobodę tych rozmów, dopuszczanie odmiennego zdania w dialogu, nawet nie akceptowanego przez starszych uczestników. W domu się ogromnie dużo rozmawiało, dyskutowało i czytało. Po godzinie policyjnej głośne lektury trwały nieraz długie godziny, a czytano książki, jak dzisiaj wspominają synowie, znacznie „na wprost” w stosunku do ich ówczesnych „nastu” lat. Wywoływało to pytania i dysputy.

Podczas okupacji i później, kiedy rodzina zamieszkała w Józefowie pod Warszawą, trójka dzieci przysłuchiwała się często dyskusjom tzw. panów, czyli przyjaciół ojca, czasami w nich uczestnicząc. Te dyskusje zawsze były bardzo zasadnicze, poważne, świadczyły o ogromnym zaangażowaniu i myśleniu o tym, co jest w Polsce i co, ewentualnie, stać się może. Właściwie nie było możliwe, żeby w czasie obiadu niedzielnego, jeżeli przyszli jacyś goście, mówiło się o rzeczach bardzo potocznych. Mówiło się o książkach, filmach, teatrze, wydarzeniach, postawach. To już wprowadzało szczególną atmosferę sięgania jak gdyby gdzieś wyżej. Prof. Adam pamięta swoją namiętną krytykę wielu zjawisk z okresu międzywojennego, wypowiedzianą podczas jednej z takich dysput. Usłyszał wtedy od starszego pana: Rzeczywiście, wiele zawiniliśmy, ale przynajmniej jesteśmy gnojem, na którym mógł wyrosnąć tak piękny kwiat jak ty, Adamie. Bohater zajścia komentuje je dzisiaj: Dobrze byłoby, żebym ja był gnojem, na którym wyrastają piękne kwiaty. Natomiast osiąganie optymalnych rozwiązań przez jedno pokolenie jest po prostu niemożliwe.

Wobec domu i tego, co w nim wartościowego narosło przez wieki, obecni dziedzice tradycji czują się zobowiązani. Powtarzają za ojcem: Jeśli ci więcej dano, to więcej się od ciebie wymaga. Jeśli pochodzisz z rodziny, która może ci przekazać pewną wiedzę, może cię skłonić do studiów, do rozwijania zainteresowań, to od ciebie wymaga się szczególnie dużo. Jeżeli ta rodzina ma długą tradycję, to nie daje ci to uprawnień, nakłada obowiązki.

MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO

Pan Adam Strzembosz – senior mawiał tak: Katolicy dzielą się na nabożnych i pobożnych. Pierwsi chodzą na nabożeństwa, drudzy żyją po Bożemu. Praktykowanie nakazów wiary, przede wszystkim miłości bliźniego, było w rodzinie niezmiernie żywe. Podczas okupacji warszawski dom Strzemboszów był, jak zwykle, pełen ludzi, nierzadko właściwie obcych, którzy potrzebowali schronienia czy wsparcia. Synowie zapamiętali gazeciarza, który często nocował, gdyż nie mógł zdążyć do domu przed godziną policyjną. Ojciec opiekował się dawnymi klientami swojej adwokackiej kancelarii, którzy znaleźli się w nędzy, mimo że oboje z żoną sprzedawali wtedy, co dało się sprzedać, żeby zapewnić rodzinie utrzymanie. Matka pracowała za darmo w bibliotece parafialnej, czyniąc z tego miejsca ośrodek wszelakiej pomocy potrzebującym.

Miłość bliźniego uczyniła treścią swego młodego, zgoła dziecięcego jeszcze życia, Teresa Strzembosz, siostra obu dzisiejszych profesorów. Podczas „epizodu krakowskiego”, jaki nastąpił po spaleniu przez Niemców mieszkania w Warszawie, zorganizowała w swej, a także kilku innych szkołach, pomoc dla ludzi uciekających ze Wschodu, pozbawionych dosłownie wszystkiego, okaleczonych duchowo straszliwymi przeżyciami. Rozwinęła tę działalność później, w Józefowie, organizując dożywianie, odwiedziny u chorych, samopomoc. Wówczas poznała Teresę, przyszłą żonę prof. Adama, którą jego matka douczała francuskiego, podobnie jak innych uczniów józefowskiej szkoły.

W latach późniejszych Teresa Strzembosz zapoczątkowała mało wtedy popularne sposoby współpracy laikatu z Kościołem – Duszpasterstwo Służby Zdrowia, pomoc samotnym matkom. Pierwszy dom dla samotnych matek w Chylicach, dzisiaj znacznie rozbudowany, nosi jej imię. Bracia zgodnie twierdzą, że choć pomoc innym, działanie na rzecz ogółu, dzielenie się z potrzebującymi chlebem i książką albo wiadomościami, były imperatywem oczywistym, aktywność Teresy znacznie przekraczała wszystko, co ktokolwiek z rodziny czynił na tym polu.

WIEDZIELIŚMY OD POCZĄTKU

Ojciec moich rozmówców przeżył rewolucję październikową w Rosji i nie miał złudzeń co do jej skutków. Nigdy nie zachęcał do działań samobójczych, ale wymagał od nas przygotowywania się do przyszłości, w której Polska odzyska niepodległość. Synowie dyskutowali o tym w kręgach uniwersyteckich, koleżeńskich. Sądzili wtedy, że obrona rodziny jest istotniejsza niż jakiekolwiek działania konspiracyjne. Tomasz: Było to pewnie instynktowne, ale myśmy w tamtych czasach czuli że chrześcijaństwo jest właściwie tym jedynym twardym punktem oparcia. On sam zaczął studia historyczne w Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie presja marksizmu była słabsza niż w Warszawie, dokąd przeniósł się na III roku. Choć ukończył je z bardzo dobrymi wynikami, nie dostał się jednak na dalsze 2-letnie studium magisterskie, co, jak wspomina, przyjął z ulgą, gdyż atmosfera uniwersytetu go odpychała. Zaczął pracować w Archiwum Państwowym Miasta Stołecznego Warszawy, następnie przeszedł do Archiwum Głównego Akt Dawnych, zachowując najlepsze wspomnienia o wielu ówczesnych kolegach.

Obaj bracia mocno zaangażowali się w „Solidarność”, Adam na skalę krajową, Tomasz w swoim instytucie (ISP PAN). Pierwszy uczestniczył w rozmowach Okrągłego Stołu, mając świadomość, że są one kompromisem. Później, kiedy jesienią 1990 r. sytuacja się zmieniła, stawiał postulaty związane z takimi zmianami w zakresie prawa, które byłyby przeprowadzane w sposób może nie przyjęty powszechnie, ale możliwy i przyśpieszający ewolucję, w zakresie prawa zwykle bardzo powolną. Nie przewidywał, że środowiska postkomunistyczne zyskają znaczne poparcie. Jedno ze źródeł tej sytuacji widzi w błędach swojej formacji, przede wszystkim niedostatku solidarności z tymi, którzy znaleźli się, w warunkach przemiany ustrojowej, w gorszej sytuacji.

MŁODZI

Młode pokolenie Strzemboszów przejęło z pewnością poczucie powinności wobec bliźnich i otwartości na ludzi, wielorakie, potrzeby. Wszyscy skończyli studia – rozmaite. Jedna z córek moich gospodarzy pracuje w ośrodku dla dzieci upośledzonych, druga, na razie, wychowuje własne. Jeden z synów, polonista, angażował się w studencką konspirację. Drugi interesuje się polityką. Drogą naukową nie poszli, podobnie jak dzieci prof. Tomasza i pani Maryli Dawidowskiej, siostry Alka, bohatera Kamieni na szaniec. Profesor zresztą twierdzi, że nigdy nauka nie wypełniała do końca naszych zainteresowań. Sam poświęca nauce niemal cały czas, ale również bierze udział w życiu publicznym, zwłaszcza w podstawowych politycznych debatach i sporach. Brat pełni wysoką funkcję państwową, z konieczności nauce pozostawiając mniej czasu.

Na zadania przyszłych pokoleń wobec Ojczyzny i narodu moi rozmówcy patrzą z optymizmem, jakkolwiek podkreślają szczególną trudność niesienia dalej podstawowych, chrześcijańskich wartości w warunkach dramatycznego zetknięcia się reliktów mentalności komunistycznej z „tandetą” przychodzącą z Zachodu.

Oni wynieśli z domu wyraźne widzenie komunizmu w kategoriach: „my-wy”. Wobec rozmaitych idei dzisiaj uwodzących młodzież, owego „wy” nie ma. Szanse na przekazywanie tego, co w wielu inteligenckich rodzinach przetrwało, są jednak nie mniejsze niż te, jakie sami mieli.

Tekst powstał na podstawie audycji „Rody uczone”, nadawanej cyklicznie w Programie I Polskiego Radia S.A. sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

www.forumakademickie.pl