Finansowi małżonkowie czy finansowi single?

Opublikowano: 21 kwietnia 2022 r.

Małżeństwo, w którym żona jest odpowiedzialna za zaopatrzenie lewej strony lodówki, a mąż za napełnienie prawej, bardzo wiele traci. O tym, co moje, co twoje, a co nasze, opowiadają Elżbieta i Mirosław Wrotkowie.

Tomasz Strużanowski: Jak to jest z pieniędzmi w małżeństwie? Są czymś dobrym czy złym? Zagrożeniem czy szansą?

Mirek: Pieniądze są neutralne. To nie one mają moc sprawczą, lecz to, czy mąż i żona potrafią się porozumieć, jak z nimi postępować: jak je zarabiać, wydawać, inwestować, oszczędzać, pożyczać, czy i jak nimi obdarowywać innych, czy i jak poręczać cudze kredyty. Małżonkowie mogą zachowywać jedność w podejściu do pieniędzy, ale mogą też one ich straszliwie dzielić. Brak jedności w kwestiach finansowych bardzo łatwo przerzuca się na inne płaszczyzny życia małżeńskiego. W rezultacie przynosi to utratę wzajemnego zaufania, szacunku, rodzi wzajemne pretensje, a w konsekwencji – niszczy miłość małżeńską.

Skąd biorą się różnice w podejściu małżonków do pieniędzy?

Ela: Przede wszystkim z odmiennego podejścia do pieniędzy w rodzinach, w których się urodzili i wychowali. Jeśli rodzice nad uczciwe zarabianie przedkładali kombinowanie, jeśli dopuszczali się finansowych przekrętów, jeśli mieli przed sobą finansowe tajemnice, jeśli szastali pieniędzmi na prawo i lewo – to dziecko z dużym prawdopodobieństwem uzna taką postawę za standard i z taką postawą wkroczy w dorosłość, a potem w małżeństwo. Jeśli podejście drugiej strony do tej kwestii okaże się odmienne, to nastąpi konflikt wartości. Rozdźwięk może dotyczyć wielu wymiarów finansowych: planowania wydatków lub puszczania ich na żywioł, priorytetów w wydawaniu pieniędzy, wychowywania dzieci do oszczędności lub przeciwnie – pozwalania im na rozrzutność i roszczeniowość, rozważnego lub lekkomyślnego podejścia do zaciągania kredytów. Potencjalnych pól konfliktu jest bez liku.

Co sądzicie o małżeńskim układzie finansowym, w którym pieniądze są „moje”, „twoje” i „nasze”?

Mirek: Takie podejście uważamy za błędne, i to podwójnie. Po pierwsze – z chrześcijańskiego punktu widzenia nie ma czegoś takiego jak „moje” czy „nasze” pieniądze. Właścicielem wszystkiego, co posiadamy, jest Bóg. To do Niego należy nasze mieszkanie, samochód, działka, firma, oszczędności, papiery wartościowe. My tylko tymczasowo (podkreślam: tymczasowo, bo najwyżej przez kilkadziesiąt lat) zarządzamy tym wszystkim. Owszem, doszliśmy do tego naszą pracą, zapobiegliwością, ale to On dał nam talenty, dzięki którym to wszystko osiągnęliśmy. To On nam pobłogosławił w naszej pracy i teraz oczekuje, że zrobimy z tego dobry użytek – na Jego chwałę i dla dobra innych.

Ela: Dopiero po tym zastrzeżeniu można dodać drugie, które symbolicznie ujmę tak: małżeństwo, w którym żona jest odpowiedzialna za zaopatrzenie lewej strony lodówki, a mąż za napełnienie prawej, bardzo wiele traci.

Może dobrze robią, bo tracą powód do nieporozumień: co ma być w tej przysłowiowej lodówce, bo każdy ma w niej to, co chce?

Mirek: Nie, oni tracą coś innego: fantastyczną okazję, by jeszcze bardziej być razem, by wsłuchać się w pragnienia drugiej strony, by coś wspólnie ustalić, zaplanować, zrealizować, a w efekcie – aby zbliżyć się do siebie, zjednoczyć, usłużyć sobie, umocnić wzajemną więź. Przy takim podejściu nawet ujawnienie rozbieżności ma swoją wartość. Moja żona chciałaby, abyśmy kupili większe mieszkanie, ja wolałbym zainwestować w firmę. Możemy o tym nie rozmawiać, obchodzić temat bokiem, ale to tylko pogłębi wzajemne pretensje. Jeśli jednak szczerze o tym porozmawiamy i okaże się, że pragnienie żony nie jest zachcianką, tylko wynika z potrzeb, bo ona już nie jest w stanie funkcjonować z trójką dzieci na 50 m2, ja zaś wyjaśnię, że jeśli teraz zainwestuję w biznes, to za rok osiągniemy zyski pozwalające na powiększenie naszych czterech kątów – to istnieje duża szansa, że się dogadamy, że podejmiemy wspólną decyzję.

Ela: A nawet jeśli małżonkowie nie dojdą do porozumienia i każde pozostanie przy swoim zdaniu, to taka rozmowa ma sens, bo pozwala poznać racje drugiej strony, zrozumieć, że mąż nie chce źle, że ma ten sam cel, co ja, że też pragnie naszego dobra, tylko ma inne spojrzenie na to, w jaki sposób owo dobro należy osiągnąć. Nawet to jest lepsze niż milczące „kiszenie” swoich niespełnionych potrzeb i marzeń, które prędzej czy później przerodzi się w otwarty konflikt.

Mirek: Dodajmy, że owa „lodówka” ma ograniczoną pojemność – lewa strona i prawa strona nie pomieszczą wszystkiego, co każde z osobna chciałoby do niej włożyć. Warto zdecydować się na zasadę, iż wspólnie ustalamy zawartość tej „lodówki”…

Z tego płynie wniosek, że ustalenie wspólnego podejścia do kwestii finansowych powinno być obowiązkowym punktem w ramach przygotowania do małżeństwa…

Mirek: Bezwzględnie. Do kwestii, o których koniecznie trzeba rozmawiać przed ślubem, zdecydowanie dorzuciłbym i tę (niestety, zbyt często pomijaną): jakie jest nasze spojrzenie na pieniądze, jakie mamy nawyki i priorytety finansowe. Jest to o tyle ważne, że dziś małżeństwo zawierają najczęściej ludzie samodzielni finansowo, każde z własnymi dochodami, kontem, strukturą wydatków, przyzwyczajeniami, niekiedy wręcz uzależnieniami.

Ela: Przypomina mi się taka historia. Dzień po ślubie świeżo upieczony małżonek, od lat prowadzący działalność gospodarczą, poprosił żonę o poręczenie kredytu obrotowego. Dla niego był to zwyczajny sposób utrzymywania „ruchu w interesie” – za chwilę miał spłacić ten kredyt należnością od jednego z kontrahentów. Żona jednak wywodziła się z rodziny, w której nie brało się kredytów, uważając je za coś niebezpiecznego. W jej głowie natychmiast zapaliła się czerwona lampka, pojawiło się poczucie zagrożenia, które przeniosło się na inne płaszczyzny tego ledwo co zawartego małżeństwa.

Nie rozmawiali przed ślubem o podejściu do finansów…

Ela: Właśnie. Ci małżonkowie przez kilkanaście kolejnych lat funkcjonowali jako finansowi single, a brak zaufania w tej kwestii rzutował negatywnie na inne wymiary ich małżeństwa.

Mirek: Dlatego koniecznie PRZED zawarciem małżeństwa należy wspólnie się przyjrzeć, z jakimi przyzwyczajeniami, oczekiwaniami i podejściem do spraw finansowych wejdziemy w nasz związek. Tu wszystko jest ważne. Ona może wywodzić się z rodziny, w której rytm pracy wyznaczały godziny 7-15, a on – z rodziny, w której na 20-hektarowym gospodarstwie pracowało się „na okrągło”; u niej najpierw się oszczędzało, a dopiero potem za gotówkę kupowało nową pralkę, a u niego brało się ją na raty; ona woli „przyciąć” wydatki w sklepie spożywczym, by móc kupić nowy płaszcz i ładnie w nim wyglądać, on natomiast lubi dobrze zjeść i bez problemu może chodzić siódmy rok w znoszonej kurtce. Ileż tu pola do konfliktu lub… do porozumienia, wyważenia racji, dokonania wyboru wspólnie, a nie wbrew drugiej stronie!

Dziękuję Wam za rozmowę i już dziś proszę o kolejne, w których chciałbym podjąć cały wachlarz tematów. Co o pieniądzach mówią słowa przysięgi małżeńskiej? Jak odróżnić finansowe potrzeby od pragnień i zachcianek? Nabywać na kredyt czy za gotówkę? Jak wychodzić ze spirali zadłużenia? Ile warta jest praca żony niepracującej zawodowo, a pracującej w domu? Czy pieniądze da się zabrać ze sobą do grobu?…

Elżbieta i Mirosław Wrotkowie są małżeństwem od prawie 34 lat, mają dwoje dorosłych dzieci. Mirek jest managerem w dużym koncernie, Ela zrezygnowała z pracy zawodowej na rzecz pracy w domu. Przed laty, w ramach Fundacji Edukacja Finansowa Crown, oboje zaangażowali się w działalność mającą na celu edukację finansową małżonków. Elżbieta jest autorką książek Jedność małżeńska a finanse i Pułapki na drodze do wolności finansowej oraz e-booka Zarządzanie finansami po Bożemu. Prowadzi bloga www.wrotekela.com . Wspólnie przeżywają formację we wspólnocie Domowego Kościoła.

www.niedziela.pl